Marsa Alam: co widzieliśmy i czego się nauczyliśmy
Tydzień na Morzu Czerwonym, nurkowania od świtu, jedno spotkanie, na które nikt nie był przygotowany.
Wracamy z Marsa Alam. Siedem dni, dwa nurkowania dziennie, jeden diugoń i jedna lekcja, którą zapamiętamy dłużej niż zdjęcia.
Rytm dnia
Wypływaliśmy o świcie. To nie jest kaprys — poranek na Morzu Czerwonym daje najlepszą widoczność i najspokojniejszą wodę, a rafa jest wtedy najbardziej ruchliwa. Powroty około czternastej zostawiały całe popołudnie na nic nierobienie, co po dwóch nurkowaniach okazuje się dokładnie tym, czego się chce.
Rafa
Widoczność między dwadzieścia pięć a trzydzieści metrów przez cały tydzień. Żółwie na każdym nurkowaniu, dwie mureny, ławice barakud i jeden diugoń, który przez dwadzieścia minut kompletnie nas ignorował, żerując na trawie morskiej dwa metry od grupy.
Diugoń nie jest w Marsa Alam pewnikiem. Mieliśmy szczęście i wszyscy o tym wiedzieli.
Czego nauczył nas ten wyjazd
Trzy osoby z grupy nurkowały po raz pierwszy w ciepłej wodzie po sezonie spędzonym w polskich jeziorach. I wszystkie trzy miały ten sam problem: balast dobrany do suchego skafandra i słodkiej wody.
W ciepłym Morzu Czerwonym, w trzymilimetrowej piance, w wodzie o wyższym zasoleniu, potrzeba zupełnie innej wagi. Pierwsze nurkowanie każdej z tych osób poszło na walkę z pływalnością zamiast na oglądanie rafy.
Da się temu zapobiec i zrobimy to przy następnym wyjeździe: check dive z pełnym testem wyważenia jeszcze pierwszego dnia, zanim ktokolwiek zobaczy rafę. Godzina na płytkiej wodzie, która ratuje pierwsze trzy nurkowania.
Następny termin
Zbieramy chętnych na kolejną edycję. W przygotowaniu również Malediwy i Indonezja — jeśli któryś kierunek Cię interesuje, daj znać, bo kolejność ustalamy według tego, gdzie zbierze się grupa.
Kontakt: +48 785 00 25 00